Dwie rzeczy, które pomogły mi poradzić sobie ze zmęczeniem w Hashimoto

Jak zapewne wiecie z naszych webinarów czy wpisów, że z Hashimoto „znamy się” kilkanaście lat. Przez ten czas obie wypróbowałyśmy wszystko, co było możliwe, aby poczuć się lepiej. Muszę przyznać, że niektóre z tych sposobów miały być tzw. złotą pigułką, za pomocą której, w magiczny sposób, pozbędę się objawów choroby, albo doprowadzę ją do remisji. I te sposoby działały! Przede wszystkim na odchudzenie… mojego portfela😊

Po latach zmagań z tą chorobą zrozumiałam, że nie ma drogi na skróty. Na chorobę zapracowywałam sobie bardzo długo. Wiem, że to może być kontrowersyjne dla niektórych z Was. W jaki sposób można samodzielnie doprowadzić się do choroby? Otóż zawsze powtarzamy, że według wielu badań, Hashimoto jest chorobą zapisaną w genach, ale to czynniki zewnętrzne, środowiskowe ją aktywują. I u mnie też tak było. Ogromy stres, który przeżyłam rozpoczął ten proces. I oczywiście na tamte wydarzenia nie miałam wpływu, ale miałam wpływ na zniwelowanie skutków stresu. Niestety nic z tym nie zrobiłam. Z jednej strony nie wiedziałam nawet, że można i że powinno się pracować nad stresem czy emocjami. Nauczyłam się tego dopiero po wielu latach, kiedy przeszłam terapię. Ale do czego zmierzam? Najpierw był stres, potem nieodpowiednie środowisko i miejsce pracy, które ten stres potęgowało, złe nawyki żywieniowe oraz brak aktywności przyczyniły się do powstania mojej choroby. I na początku, kiedy niewiele o niej wiedziałam, niewiele też robiłam, aby dowiedzieć się więcej i spróbować sobie pomóc. Tak więc to mam na myśli, pisząc, że zapracowałam sobie na chorobę. I skoro trwało to tyle lat, to nie mogę oczekiwać, że teraz zadzieje się coś magicznego i nagle pozbędę się choroby. Dziś wiem, że stan mojego zdrowia, w dużej mierze, zależy przede wszystkim ode mnie. I to ja biorę za nie odpowiedzialność. Nikt inny. A wypracowywanie nowych, zdrowych, wspierających nawyków, nie jest proste i trochę czasu zajmuje.

Lata eksperymentów doprowadziły mnie do sytuacji, kiedy miałam uregulowane hormony (z okresowymi wahaniami, kiedy zapominałam dbać o siebie), schudłam i czułam się dość dobrze. No właśnie. To określenie jest tutaj kluczowe. Czułam się „nieźle”, „całkiem spoko”, „nawet dobrze”, ale nie czułam pełni energii. Dopadało mnie co jakiś czas zmęczenie, rano ciężko mi się wstawało, a po południu miałam spadki energii i często musiałam się położyć spać. To się zmieniło, kiedy zmieniłam styl życia, zaczęłam inaczej jeść, więcej się ruszać. Miałam też dobrze dobrane leki i wykrytą insulinooporoność. O szczegółach możecie dowiedzieć się z naszych szkoleń, webinarów czy wpisów na blogu. Dziś chcę Wam opowiedzieć o dwóch rzeczach, które najbardziej wpłynęły na poprawę mojego samopoczucia: wyregulowanie rytmu okołodobowego oraz okno żywieniowe.

Rytm okołodobowy

Zawsze wydawało mi się, że jestem przysłowiową sową. Lubiłam siedzieć do późna i późno wstawać. Wmawiałam sobie, że wieczorami jestem bardziej kreatywna i dopiero, kiedy wszyscy poszli spać, ja mogłam się uczyć czy pracować. Nie wiedziałam, że miałam zaburzony rytm okołodobowy. Więcej o rytmie okołodobowym napiszemy Wam w oddzielnym artykule, bo jest to niezwykle ważne. Dziś wspomnę tylko, że nasz naturalny rytm dobowy związany jest z rytmem dnia i nocy. Czyli w uproszczeniu – w nocy powinniśmy spać, a dzień spędzać aktywnie. Postęp technologiczny, jaki nastąpił w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat, przyczynił się do zaburzenia tego rytmu. Sztuczne oświetlenie, niebieskie światło, emitowane przez ekrany telewizorów, komputerów czy telefonów oraz nasz tryb życia przyczyniły się do tych zaburzeń. A to znów ma wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Przez wiele lat lekceważyłam znaczenie snu. Po urodzeniu dziecka przespanie ciurkiem kilku godzin graniczyło z cudem. Zarywałam noce, a potem rano nie mogłam się dobudzić. Lata takiego funkcjonowania nie wpłynęły pozytywnie na moje samopoczucie i wyniki badań. O wpływie zaburzonego rytmu dobowego na zdrowie zrobiło się głośno w 2007 roku, kiedy to Jeffrey C. Hall, Michael Rosbash i Michael W. Young zostali uhonorowani za badania nad molekularnymi mechanizmami odpowiedzialnymi za rytm okołodobowy. Wtedy też zaczęłam się więcej interesować tym tematem. Wiedziałam, jak ważny dla zdrowia jest sen, ale bagatelizowałam to bardzo. Bo to, co najprostsze, okazuje się najtrudniejsze. No bo jak, będąc młodą osobą, kłaść się spać o 21 – 22, kiedy to w naszym organizmie następuje największy pik melatoniny, czyli hormonu snu? Było to dla mnie niezwykle trudne.

Ale jak się okazuje nie było to niemożliwe. Pewnego razu, po wizycie u Pani endokrynolog, która zwróciła mi uwagę, ze za późno chodzę spać, postanowiłam to zmienić. To, co mnie zdziwiło to to, że zrobiłam to z marszu, od razu. Nie planowałam, nie przygotowywałam się. Po prostu to zrobiłam. Pierwszego dnia trochę przewracałam się  w łóżku, bo nie byłam przyzwyczajona do tak wczesnego kładzenia się spać. Z każdym kolejnym dniem było lepiej, aż zauważyłam, że nie muszę patrzeć na zegarek. Mój organizm sam zaczął mi sygnalizować, że pora iść spać. Teraz kładę się spać o 22. I budzę się wyspana (!!!) o 6. Mam więcej energii i opuściło mnie całkowicie uczucie „zmartwychwstawania”. Nie mam też spadków energii w ciągu dnia. No może oprócz sytuacji, kiedy zjem coś niedozwolonego i moja insulina zaczyna szaleć😊 Ze spaniem o określonej godzinie jest tak, jak ze wszystkimi zmianami, które wprowadzamy w życie. Nie powinny wywoływać w nas dużego stresu. Warto też duże zmiany wprowadzać małymi krokami. Jeśli z jakiś powodów, nie możesz pozwolić sobie na chodzenie spać o 22, to spróbuj przynajmniej położyć się o 15 minut wcześniej. To, co chcę podkreślić, to ważna jest tu zasada, która stała się moją najważniejszą zasadą życia – 80/20! Zdarzają się dni, kiedy chodzę później spać. Bywają dni, kiedy wstanę później i nie mam zapasu energii i uczucia, że mogę podbijać świat. Ale 80% (teraz chyba nawet więcej) moich wieczorów kończy się o 22. Kiedy w pozostałe dni siedzę dłużej, bo np. oglądam film z mężem, albo czytam coś ciekawego, to wtedy zakładam okulary Eyeshield, o których jakiś czas temu pisała Wam Lidka. Dzięki nim, niebieskie światło z ekranów nie ma takiej mocy i nie wpływa negatywnie na jakość mojego snu. A wiem to, bo codziennie mierzę swój sen, właśnie po to, aby dzielić się z Wami naszymi odkryciami czy sposobami na polepszenie jakości życia. Zauważyłam, że najlepiej czuję się, kiedy ilość głębokiego snu wynosi między 2,5 a 3 godz. Kiedy jest mniej lub więcej czuję się senna w ciągu dnia.

Okno żywieniowe

Kolejną modyfikacją w moim stylu życia było wprowadzenie okna żywieniowego. Czyli stałych godzin, podczas których spożywam posiłki i przestrzegania okresu tzw. postu, kiedy powstrzymuję się od jedzenia. Moje okno żywieniowe wynosi najczęściej 10 godzin. Zdarzają się dni, kiedy jest to 11 – 12 godzin. Z wprowadzeniem tej zmiany nie miałam większych problemów. Mój organizm jakoś intuicyjnie przygotowywał mnie do tej zmiany od jakiegoś czasu. Śniadanie jem przed 8 (zalecenie od mojej Pani endokrynolog, ze względu na uregulowanie wydzielania się insuliny), a kolację około 18. Na pewno ułatwieniem jest to, że wieczorem przyjmuję leki, które trochę „wymusiły” na mnie przerwę między kolacją a pójściem spać. Dzięki temu, w nocy mój organizm skupia się na tym, aby się zregenerować, a nie ciężko pracuje, aby strawić nocne jedzenie. Zastosowanie okna żywieniowego nauczyło mnie najważniejszej chyba rzeczy. Zmieniłam swój emocjonalny stosunek do jedzenia. Jedzenie zaczęło pełnić tylko jedną funkcję – miało mnie odżywić. Kiedyś jedzenie było karą, nagrodą, pocieszycielem, sposobem na rozładowanie emocji. Teraz też zdarza mi się zjeść np. słodycze (szczególnie w „te” dni w miesiącu) pod wpływem emocji. Dziś jednak wiem, że taki mechanizm ma miejsce i pozwalam sobie na ulegnięcie pokusie raz – dwa razy w miesiącu, a nie tak, jak było wcześniej, co 2 – 3 dni. Kolejną korzyścią z zastosowania okna żywieniowego było uregulowanie gospodarki węglowodanowej. Jak pisałam wyżej mam również w komplecie insulinooporność i Ci z Was, którzy również mają to „szczęście” wiedzą, ile pracy wymaga trzymanie zdrowych nawyków przy tym schorzeniu. Trzymanie się stałych pór posiłków i zakończenie ich o odpowiedniej godzinie uczy mój organizm prawidłowego wydzielania insuliny. Bo przy insulinooporności same leki nie wystarczą. Ważne jest odpowiednie żywienie i ruch.

 

Więcej o rytmie dobowym i oknie żywieniowym możecie przeczytać w książce „Spij, jedz i ruszaj się zgodnie ze swoim rytmem okołodobowym” napisanej przez naukowca, profesora Satchin Pandę. Znajdziecie tam mnóstwo informacji, badań naukowych i przykładów potwierdzających wpływ rytmu okołodobowego na nasze zdrowie.

 

A jak jest u Ciebie? Poradziłaś sobie ze zmęczeniem w Hashimoto czy nadal Ci doskwiera? Podziel się swoim doświadczeniem w komentarzu.

Pokaż znajomym:
Facebooktwitterlinkedin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top