3 błędy, które popełniłam w drodze do zdrowia w Hashimoto

Ostatnio moim ulubionym powiedzeniem jest: „Ucz się na błędach. Ale na cudzych”. Dlatego powstały nasze webinary, ebooki czy szkolenia. W drodze do zdrowia popełniłyśmy tyle błędów, że można nimi obdzielić wiele osób. Na szczęście nauczyłyśmy się, żeby nie traktować błędów jako porażek, a wyciągać z nich lekcje. Skoro już tyle się nauczyłyśmy, to po co Ty masz powielać te same błędy? Możesz skrócić swoją drogę do zdrowia. Dlatego stworzyłyśmy projekt „Ogarnij Hashimoto”. Abyś mogła uczyć się na cudzych błędach, nie popełniać swoich i szybciej dojść do zdrowia.

 

Błędy w Hashimoto

Ale do brzegu! Jakie 3 największe błędy popełniłam w drodze do zdrowia?

 

Błąd nr 1

Za bardzo zaufałam lekarzowi

Kiedy już dowiedziałam się, że choruję udałam się do lekarza. Dowiedziałam się wtedy, że wystarczy tabletka, a objawy, to po prostu „taka uroda”. Moja i Hashimoto. Historia jakich wiele. Prawdopodobnie usłyszałaś coś podobnego. Moim błędem było to, że zaufałam mu w 100%. Że nie miałam żadnych wątpliwości. Że nie zadałam mu pytań. Nie winię lekarza. Są lepsi i gorsi. Dla niego byłam po prostu kolejnym przypadkiem. Po latach zrozumiałam, że odpowiedzialność za swoje zdrowie ponoszę ja i to ja powinnam zrobić wszystko, aby zacząć zdrowieć. Jak się pewnie domyślasz, sama tabletka nie wystarczyła. Przez lata czułam się źle, ciągle doskwierały mi objawy takie jak: wieczne zmęczenie. „zmartwychwstawanie” z łóżka, wypadanie włosów (w pewnym momencie nawet łysienie), duża nadwaga, stany depresyjne, senność, brak energii, brak koncentracji i wiele innych. I dopiero, kiedy zaczęłam szukać, interesować się, czasami eksperymentować, pogłębiać wiedzę, znalazłam swoją drogę do zdrowia. Dobry lekarz jest na tej drodze. Dobry, to taki, który nie bagatelizuje moich objawów i patrzy trochę szerzej, niż przez pryzmat tylko tabletki. Wkrótce opublikujemy listę polecanych lekarzy endokrynologów. Śledź nasz FB, Insta lub zerkaj na maila.

 

Błąd nr 2

Radykalizm, czyli zasada „wszystko, albo nic”

Tak! Przez lata był to mój sposób działania. Tzw. pójście po bandzie. Jeśli przechodziłam na dietę, to trzymałam się je w 100%. Żadnego odstępstwa, żadnego poluzowania warkoczyków. W zamian za to ciągła presja, napinanie się, obawy, codzienne ważenie, liczenie kalorii. Lęk przed wyjściem ze znajomymi, bo przecież coś trzeba zjeść, a w restauracjach nie ma tego, co ja mam akurat w swoim jadłospisie. No dramat! A jak już uległam jakiejś pokusie (no, bo ile można żyć w takim kieracie), to odbijałam w drugą stronę. Rzucałam się na wszystko, co było zakazane. I nie był to „cheat meal” tylko „cheat day”, który przechodził w „cheat week”, a kończyło się na miesiącach złego odżywiania.

Nie tylko w diecie kierowałam się zasadą „wszystko, albo nic”. Miała ona zastosowanie do treningu – albo ćwiczyłam 5 razy w tygodniu, albo przez wiele tygodni wcale, do suplementów – brałam wszystko, co tylko wyczytałam, ze trzeba brać, bez żadnych badań czy realnego zapotrzebowania organizmu, albo nie suplementowałam nic, co kończyło się głębokimi niedoborami.

Dziś stosuję naszą ukochaną zasadę 80/20. W 80% procentach trzymam się naszych zasad, które wypracowałyśmy przez lata drogi z Hashimoto, a w 20% luzuję. Jeśli nie wezmę supli jednego dnia, bo np. zapomnę, to nie wpadam w panikę. Wezmę kolejnego dnia, normalną dawkę, bez świrowania. Jeśli mam ochotę, aby zjeść coś, co nie jest warzywem czy żywnością „super foods”, to sobie na to pozwalam i wracam na odpowiednie tory. Bez wyrzutów sumienia. Uwaga! Pro tip😊 Jedzenie, które spożywasz z wyrzutami sumienia, ma więcej kalorii😊

Błąd nr 3

Pominięcie emocjonalnej strony choroby

Przez lata funkcjonowałam tak, jakby moje ciało, było transporterem dla głowy. Nie istniałam od szyi w dół. Nie wiedziałam też, że Hashimoto jest chorobą psychosomatyczną i ma swoje źródło w głowie. A to, co nie „wyrzucone” z głowy zapisywało się w moim ciele. Nie wiedziałam, że chorobę mogą aktywować czynniki zewnętrzne, takie jak stres, czy nieprzepracowane emocje. Nie wiedziałam, że moje ciało może dawać mi sygnały, że coś się dzieje, że powinnam zwolnić i zająć się sobą i swoim zdrowiem. A dawało mi te sygnały od dawna, tylko ja tego nie zauważałam. Ciała i sygnałów. Głowa nauczyła się już dawno racjonalizować i wpadać w schematy obronne. Przez wiele lat buntowałam się, jak tylko słyszałam teksty o emocjach. Ja w ogóle nie wiedziałam, że emocji jest więcej niż kilka podstawowych! Nauczyłam się, żeby nie odczuwać przykrych emocji, spychałam je do podświadomości i wchodziłam w tryb działania. Bo jak działasz, to nie myślisz. A jak nie myślisz, to nie docierasz do swojego wnętrza. A moje ciało zbierało przez lata te niewyrażone emocje, dźwigało ten ciężar, aż w końcu się zbuntowało.

Dopiero jak przeszłam terapię, zrozumiałam, że nie mogę oddzielić ciała od głowy, serca od rozumu i emocji od stanu mojego aktualnego samopoczucia. Kiedy tym się zajęłam, moje Hashimoto jakoś tak przestało mi doskwierać. Przestałam walczyć z chorobą. Walka zabierała mi za dużo energii. Zaakceptowałam fakt, że Hashimoto pojawiło się na mojej drodze, aby coś mi uświadomić.

 

Błędów, które popełniłam było znacznie więcej. Dziś opisałam Ci te, które były dla mnie kluczowe. Mam nadzieję, że dostrzeżesz w tej wiadomości coś dla siebie. Coś co pomoże Ci zrobić krok w kierunku swojego zdrowia. Chcemy z Lidką pisać, mówić i szkolić więcej o emocjonalnej stronie choroby. O tym, jak sobie z nią radzić. Będziemy pokazywać Ci proste ćwiczenia, dawać wskazówki, pomagać wprowadzać nowe nawyki, abyś Ty również poczuła radość, energię i poprawę jakości życia.

 

Kamila

Pokaż znajomym:
Facebooktwitterlinkedin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top