fot. Marek Biczyk

Monika Pyrek: Muszę nauczyć się, kiedy płaczę ja, a kiedy hashimoto

Hashimoto to choroba, która nadal niesie za sobą wiele pytań i wiele niejasności. Choruje na nią prawie 760 tys. Polek. Jedno jest pewne, sieje spustoszenie w ciałach i życiach wielu kobiet. Skrada się niespostrzeżenie, pociąga za sobą wiele wyrzeczeń, zmian, na które trudno się przygotować.

Niestety czasem leczenie farmakologiczne w wielu przypadkach to za mało. Bo tak naprawdę hashimoto to nie początek. To konsekwencja zbyt długiego nadużywania własnych sił, niedawania sobie prawa do słabości, stresujących sytuacji, osłabiających relacji i braku wewnętrznej uważności na siebie. Hashimoto może być najlepszym sygnałem, że trzeba coś zmienić i to nie tylko dawkę leku. Trzeba sięgnąć dużo głębiej, żeby odkryć, co sobie zabieram, na co sobie nie pozwalam, albo dlaczego nie jestem dla siebie wystarczająco ważna, że moje ciało tak się buntuje. Czasami choroba jest najlepszą informacją. Tylko warto się jej przyjrzeć inaczej. Trochę głębiej niż tylko przez pryzmat recepty i wyników. Postanowiłyśmy porozmawiać z kobietami, które tak jak my i Wy, spotkały się z hashimoto z twarzą w twarz.

Monika Pyrek – Twarzą w twarz z hashimoto

Naszym pierwszym szczególnym gościem serii wywiadów „Twarzą w twarz z hashimoto” jest wspaniała i wrażliwa kobieta, Monika Pyrek. Jedna z najlepszych polskich lekkoatletek w historii tej dyscypliny, specjalizująca się w skoku o tyczce. Na swoim koncie ma dwa srebrne i jeden brązowy medal Mistrzostw Świata oraz dwa brązowe medale Halowych Mistrzostw Świata, a także srebro Mistrzostw Europy i dwa brązy Halowych Mistrzostw Europy. 69 razy pobiła rekord Polski i była 5 krotnie utytułowana najlepszą lekkoatletką. Po zakończeniu kariery sportowej prowadzi Fundację własnego imienia zarażającą dzieci i ich rodziców miłością do sportu.  Prywatnie jest żoną i mama dwójki chłopców.

fot. Jarek Dulny

Ogarnij hashimoto: Zajmujemy się emocjonalną stroną hashimoto. Własne doświadczenia pokazały nam, że hashimoto jest często konsekwencją naszego życia, czyli przekraczających i nierealnych wobec siebie oczekiwań, długotrwałego stresu, czasami nagłych, silnych, traumatycznych sytuacji, a także pomijania własnych potrzeb, a co za tym idzie braku kontaktu z samym sobą na poziomie emocjonalnym. Czy kiedykolwiek patrzyłaś na tę chorobę przez ten pryzmat?

Monika Pyrek: Bardzo trudno jest mi powiedzieć, kiedy ta choroba się zaczęła, bo tak naprawdę odkryliśmy ją tylko dlatego, że miałam niedobory żelaza, nie przybierałam w ogóle na masie, mimo że wykonywałam ogromną pracę treningową na siłowni. Byłam potworną chudziną, co w sporcie bardzo mi przeszkadzało. Panowaliśmy nad moim samopoczuciem stosując suplementację żelaza i raz pomagało, a raz nie. Wtedy zdecydowaliśmy się położyć się na dzień do szpitala i zrobić wszystkie możliwe badania. Przy gastroskopii lekarze nie mogli mi włożyć rurki do gardła, bo okazało się, że tarczyca jest powiększona i blokuje dostęp. Od razu dołożono mi badanie przez endokrynologa. Gdy weszłam do gabinetu lekarza, ten tylko na mnie spojrzał i powiedział, że mam hashimoto. Nawet nie musiał mnie zbadać, zobaczyć wyników krwi, tylko od razu po mnie widział, że na 100% mam taką chorobę. Był to rok 2003 i niewiele osób słyszało o takiej chorobie. Ja również. Po powrocie do domu powiedziałam, że mam jakąś Hiroszimę (śmiech). Coś mi się kojarzyło w tamtą stronę (śmiech). Zawsze byłam osobą emocjonalną. Uważano mnie za naburmuszoną dziewczynę, taką, która mało się uśmiecha, która nie do końca nawiązuje relacje. Pamiętam, że nawet komentatorzy mówili o mnie, że jestem introwertyczna. Kiedyś mówienie, że ktoś jest introwertykiem, oznaczało niemal chorobę psychiczną. Dla mnie to był straszny cios, że ktoś o mnie w ten sposób myśli. Zawsze wszystkim się przejmowałam, więc ta strona emocjonalna zawsze mi towarzyszyła. Zbyt dużo myślałam nad różnymi rzeczami. Pewnie jest to też przypadłość kobieca, ale wydaje mi się, że aż za bardzo wszystko analizowałam. Do tej pory tak robię, dlatego myślę, że strona emocjonalna gra olbrzymią rolę w całej tej chorobie i niestety ciężko sobie z nią poradzić.

Tym bardziej, że od sportowca zawodowego wymaga się trzymania na wodzy tych emocji.

Tak, dokładnie. Pamiętam, że nawet kiedy pracowałam z psychologiem, to z jednej strony mówiono o mnie, że jestem introwertyczna, a z drugiej strony twierdzono, że np. po skoku powinnam być jak posąg i w ogóle niczego nie pokazywać – czy jestem zadowolona, czy niezadowolona, bo to gra psychologiczna z przeciwniczkami. Miałam być tak skoncentrowana, miałam nie okazywać radości, tylko wszystkie emocje kisić w sobie. Czyli to, co generalnie kisiłam przez całe dnie.

A w sumie taka sytuacja kiedy coś się osiąga jest pięknym momentem, żeby te emocje wypuścić.

Tak, dokładnie, żeby uwolnić ten cały stres, żeby chociaż na chwilę tym się pocieszyć. I tak robiłam przy decydującej wysokości, ale te kolejne etapy niżej, wyglądały zupełnie inaczej.

Kiedy wyszło już, że masz hashimoto, czy psychologowie, z którymi pracowałaś podczas startów, zwracali na to uwagę? Zauważyli jakiś związek pomiędzy chorobą hashimoto a tą emocjonalną stroną?

Myślę, że nie. Złotym środkiem była tabletka. Ona rzeczywiście działała w taki sposób, że nagle zaczęłam przybierać na masie ciała. To był sygnał, że coś się zmienia i właściwie to wystarczyło. Wtedy nikt nie mówił jeszcze, że hashimoto to wahania nastrojów. Mieliśmy naoczny dowód na to, że przyjmowanie tabletki działa, a resztę dolegliwości zrzucano na to, że mam pewnie taki charakter. Mówiono, że po prostu jestem emocjonalna, że w sobie wszystko duszę, dotąd aż mi się przebierze miarka i wtedy wybucham, lepiej żeby do mnie nie podchodzić bez kija. Myślę, że to też przez perfekcjonizm. Zawsze chciałam być doskonała, a w skakaniu jeszcze bardziej. Mam swoją teorię, że moja przygoda ze sportem mogłaby trwać jeszcze jedne igrzyska, czyli jeszcze 4 lata, ale przesadziłam w dążeniu do perfekcyjności, przestało mnie to bawić, przestało mi to sprawiać przyjemność.

Jestem poruszona tym, co słucham, bo to jakbym słyszała siebie, aż mi się płakać chce.

Zbyt duże dążenie do bycia doskonałym po prostu zabiło wszystkie pozytywne emocje.

Życie zawodowego sportowca jest bardzo wymagające. Czy widzisz związek wpływu takiego wyczynowego sportu, pełnego wyrzeczeń, na zaostrzenie objawów lub na pojawienie się u Ciebie tej choroby?

 Jeśli chodzi o wysiłek fizyczny to nie miało dużego znaczenia. Nie było sytuacji, które uniemożliwiałaby mi trenowanie, zwłaszcza wtedy, gdy zapanowaliśmy nad tsh i hormonami. Jedno co mnie zastanawia i nie wiem do końca czy to ma związek z hashimoto, to moje bardzo wysokie tętno spoczynkowe. Przez to bardzo szybko wchodzę, nawet jak tylko zacznę truchtać, w pracę beztlenową. Dlatego nigdy nie będę osobą, która będzie biegała maratony. Biegam dla własnej przyjemności, dla mnie 5-10 km to jest maximum moich możliwości. Irytują mnie stwierdzenia, że: „ja jako sportowiec, nie pobiegnę maratonu?” No nie pobiegnę…

 

mat. Fundacja Moniki Pyrek

Ja znów mam odwrotnie, mogę biegać długo, ale nie lubię szybkiej intensywności.

No właśnie, to jest zadziwiające.

Każdy ma inaczej…

Dokładnie. Przez wysokie tętno jest mi łatwiej zrobić coś, co nazywa się fachowo wytrzymałością szybkościową, czyli zrobić więcej krótszych odcinków, ale intensywniejszych. Nie chodzi nawet o organizm, ale o głowę, żeby znieść taki trening. W bieganiu starcza mi głowy na 5 km, do tego momentu czuję świetny reset. Kiedy przekroczę tę granicę okropnie się ze sobą męczę. Nie jestem w stanie tego wytrenować. To chyba moment, w którym organizm mówi dość.

Ostatnio na naszym blogu (klik) umieściłyśmy wywiad z trenerem personalnym, który holistycznie podchodzi do sportu. Mówił o aktywności przy hashimoto, insulinooporności i innych schorzeniach, że jeśli podczas treningu czujemy, że już nie dajemy rady, to jest ten moment, żeby przestać, żeby nie walczyć ze sobą tak ambicjonalnie, że jeszcze podkręcę, tylko, że jest to moment, żeby przestać, posłuchać tego, co mówi organizm.

Akurat w moim przypadku, to bardzo trudne (śmiech) Perfekcjonizm plus nauczone działania na 100%, niestety przeszkadzają w takim odpuszczaniu sobie. Wiem, że potrafię się doprowadzić do takiego zmęczenia, a nie potrafię odpoczywać. To jest najtrudniejsze. Nawet kiedy jestem tutaj, mój mąż mówi: zobacz, wyjechałaś z domu, nie ma dzieci, wyśpij się przynajmniej. A ja się budzę o 6 rano z myślami nie wiadomo dookoła czego, które są nieistotne tak naprawdę. Już wybiegam w przyszłość i analizuję co będzie gdy… by mieć rozwiązanie, plan B.

Miałyśmy taką tezę, że hashimoto jest chorobą, która, mówiąc brzydko, dopada osoby żyjące ciągle w biegu, że jest sygnałem “ok, zatrzymaj się”. Skoro tak biegniesz, a już nie masz siły, to ja cię zblokuję jeszcze bardziej, może teraz mnie zauważysz

Możliwie. Nasz organizm jest mądry, zawsze daje nam sygnały. Zależy od nas czy i jak je odczytamy. Naprawdę chciałabym się zatrzymać, ale odpowiedzialność często nie daje mi siły, żeby odpuścić.

Dziękujemy, że się tym dzielisz, bo pewnie wiele kobiet tak żyje w dzisiejszych czasach, zwłaszcza mam.

To wszystko z miłości… My wszystko tylko dla dzieci, a niczego nie mamy dla siebie. Jestem teraz w takim momencie, nie wiem, czy to zmiana leku (śmiech), nie wiem co to powoduje, ale bardzo się buntuje przeciwko sobie, przeciwko takiemu podejściu. Chcę też trochę miłości do siebie… Jednak nie potrafię w dalszym ciągu się przełamać, zastopować. Szukam jakiś sposobów, myślę: Boże, może pójdę na jakąś medytację, chodziłam kiedyś na jogę i na tej jodze, do momentu kiedy ćwiczenia były bardzo trudne, to udawało mi się nie myśleć, odpoczywać. Kiedy przechodziliśmy do chwili wyciszenia, to myślami już biegłam do przodu, a w głowie „już 11, muszę iść, ile ja tu jeszcze będę leżeć? mam tyle do zrobienia”

Głowa u sportowca to nieodłączny element jego życia. Czasami wierny, wspierający przyjaciel, ale niekiedy największy wróg i sabotażysta. Jaki choroba miała wpływ na odbiór porażek, a jaki na docenianie siebie w aspekcie Twoich sportowych sukcesów?

Zawsze próbowałam sobie mówić: zobacz, tyle osiągnęłaś a jesteś chora. Masz wewnętrzny hamulec, coś, co cię ściąga w dół, a mimo to, udało ci się osiągnąć tak wiele. Z drugiej strony moja ambicja podpowiadała, że to tylko wymówka. Przy porażkach od razu wracałam do pytań czy to może przez hashimoto: a może gdybym inaczej jadła, inaczej ćwiczyła, inny lek przyjmowała, może bardziej o siebie dbała, to byłoby zdecydowanie łatwiej. Aczkolwiek myślę, że hashimoto jest dla mnie większym problemem teraz, w takim codziennym życiu, niż było w trakcie uprawiania sportu.

To było takie zadaniowe podejście…

Tak, bo w sporcie profesjonalnym 24 godziny na dobę dbasz o siebie. Oczywiście, jest mnóstwo sytuacji stresowych, olbrzymia presja, która na pewno była trudniejsza do zniesienia z tą chorobą. Był przede wszystkim zaplanowany czas na regenerację: odpowiednią ilość snu, odpoczynek między treningami, czas na masaż, ba, był nawet czas, żeby wyluzować się i pójść ze znajomymi na bankiet po zawodach, nacieszyć się sukcesem. A teraz, w codziennym życiu, ciężko mi łapać takie chwile, takie momenty. Pędzimy, ciągle nowe wyzwania, do tego mój perfekcjonizm. Łapię wszystkie możliwe chwilę z dziećmi, bo ciągle mam poczucie, że za mało czasu z nimi spędzam. Cierpię niestety na brak asertywności i biorę za dużo na siebie, za dużo na moją małą głowę. W natłoku zadań denerwuję się, że ktoś nie pracuje w takim samym systemie jak ja, rozwleka coś, a mi brakuje czasu. Potem najbliższa mi osoba, czyli mój mąż, dźwiga na barkach moje problemy. Wszystkie moje nerwy wyładowuje niestety na osobie, która najbardziej mnie wspiera.

 

Nasi mężowie też mogliby tu piątkę przybić (śmiech)

Tak, to są święte osoby. Aczkolwiek są sytuacje, kiedy się złoszczę i mam rację, że się złoszczę, a nie hashimoto się za mnie złości. Wtedy pojawiają się odpowiedzi typu: „to idź sobie może zbadaj TSH”(śmiech), wtedy pada równie złośliwa riposta „Sam idź sobie zbadać TSH(śmiech).

Wracając do sportu, wydaje mi się, że rzeczywiście wtedy łatwiej było mi nad tym zapanować, ale nie miałam zielonego pojęcia np. o diecie. Nikt nie mówił o tym, że można pomóc sobie w ten sposób. W momencie kiedy zaczęłam o to dbać, zdecydowanie lepiej się poczułam. Wcześniej miałam problemy z zatokami, diagnoza – przewlekłe zapalenie zatok, którego nie można było wyleczyć. Potem okazało się, że związane to było z nabiałem, a kiedy go odrzuciłam, to zapalenie zatok zniknęło. W momencie kiedy zjem nabiał, od razu przypadłość wraca. Robiłam badania na alergię, co ciekawe – kiedy jadłam nabiał, to z badań wychodziło, że mam na niego alergię, ale gdy odstawiałam, to alergii nie było. Zatem z lekarskiego punktu widzenia nie można było mi zrobić odczulenia.

Dokładnie. Hashimoto jest chorobą zapalną. Przede wszystkim trzeba wyeliminować te produkty, które podkręcają stany zapalne.

Tak. U mnie ewidentnie są to banany i nabiał. A w sporcie funkcjonowałam na bananach i nabiale. Połowę życia spędziłam na zgrupowaniach we Włoszech, gdzie non stop jadłam mozarellę, makarony, czyli pszenica. Gdybym wiedziała wcześniej o diecie i jej pozytywnym wpływie, to może udałoby mi się dołożyć te 5 cm. Nie skakałabym pewnie pół metra wyżej, ale 5-10 cm dorzuciłabym do swojego wyniku. Ale z drugiej strony, funkcjonowanie w takim rygorze dietetycznym na zgrupowaniach, gdzie nie jesteś w stanie sama gotować, tylko jesz to, co serwują na stołówce, mogłoby to być zbyt trudne wyzwanie. Moim zdaniem w tamtych czasach, bo już mogę powiedzieć, że to tamte czasy (śmiech) było to niestety drogie i często niedostępne jedzenie, szczególnie zagranicą.

Z całej tej „mody” na zdrowe odżywianie, bezglutenowe, bez nabiału, wyszło coś dobrego, ponieważ dostępność jedzenia teraz jest lepsza i coraz tańsza.

 Zgadza się.

Hashimoto to często spadki motywacji, ciągłe zmęczenie i osłabienie. Jak sobie radziłaś w takich momentach i czy miałaś wsparcie psychologów sportowych? Czy oni byli uważni na te aspekty sportowca z chorobą autoimmunologiczną?

Podczas całej przygody ze sportem miałam jeden poważny kryzys. Zgłaszałam poważne znużenie całym tym sportem i nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami. Pamiętam, że mój psycholog zaproponował pewny rodzaj medytacji przy szarówce, przy zetknięciu dnia z nocą, miałam wykonywać ćwiczenie 15 minutowe, wyciszające. Robiłam je, ale trudno mi było się wprowadzić w taki stan, żeby rzeczywiście głowa odpoczywała. Psycholog stwierdził zmęczenie układu nerwowego, dokładnie tak to nazwał. Pojawiały się nieuzasadnione ataki paniki. Budziłam się w nocy ze snem pt. są mistrzostwa świata, a ja nie jestem przygotowana i nie mam swojego sprzętu, gdzieś tyczki mi zaginęły, nie dam rady wystartować. Zmęczenie fizyczne potęgowało jeszcze te uczucia i takie strachy. Pamiętam, że dużo, dużo pracowaliśmy nad tym, żebym po prostu odpoczęła, żeby uwolnić głowę od niepotrzebnych myśli. W tym całym życiu sportowca, czyli 250 dni w roku na walizkach, poza domem, bardzo ważne było to, żeby mieć coś swojego. Razem z mężem zdecydowaliśmy, że to jest mój czas, zatem prowadzimy “family business” oparty w tamtej chwili na mnie. On zrezygnował ze swojej pracy zawodowej i był ze mną. To było ogromne wsparcie emocjonalne i organizacyjne. Ale mimo tego, potrzebowałam całkowitej odskoczni. Kiedy zrezygnowałam ze studiów na czas igrzysk olimpijskich, żeby się skupić tylko i wyłącznie na przygotowaniach, nie wyszło, zdobyłam 4 miejsce. Kiedy kończyłam studia rok później i broniłam pracy magisterskiej na prawie i administracji, było dobrze, zdobyłam medal. To była ta całkiem inna odskocznia. Zatem moment mocnego skupienia na jednej, bardzo istotnej dla mnie rzeczy, nie był dla mnie wskazany. Później, w kolejnym etapie gdy skończyłam studia, mój mąż postanowił kupić mi psa, żebym chociaż na chwilę wyszła na dwór, porzucała mu piłeczkę i nie myślała, że za chwilę mam trening taki a taki, że zbliżają się takie a takie zawody, i trzeba osiągnąć taki i taki wynik. Bycie sportowcem to też ogromna odpowiedzialność, pomimo że skok o tyczce to konkurencja indywidualna, to tak naprawdę na moich barkach ważyły się losy mojego trenera, psychologa, dietetyka, fizjoterapeuty, managera. Od mojego wyniku zależał również ich byt. Przecież oni też mają swoje rodziny na utrzymaniu. To wszystko potęgowało moją odpowiedzialność. Myślę, że również przez to pojawiło się zmęczenie.

Jak teraz patrzysz na to z perspektywy, to myślisz, że mogłaś mieć symptomy stanów depresyjnych?

Myślę, że tak. Te wszystkie smutki, które nam towarzyszą, nieuzasadnione, bez wyraźnego powodu… Powtarzałam sobie, że muszę się nauczyć, kiedy to ja płaczę, a kiedy hashimoto płacze. Największą wygraną z tą chorobą jest to, kiedy jesteś w stanie rozróżniać te stany… co jest bardzo trudną sztuką, bardzo…

Trzeba mieć dużą uważność na siebie, nauczyć się słuchania własnego organizmu, a to jest trudne, kiedy jesteśmy w takim pędzie.

Tak. Przez to, że trenowałam mam większą zdolność odczytywania różnych sygnałów od organizmu, ale to nie daje gwarancji sukcesu w tej chorobie. Niestety towarzyszą mi również te niefajne stany. Rozpamiętuje, zamiast przejść do przodu, mimo, że potrafię to robić, bo sport mnie tego nauczył. Gdy zdobędziesz medal, odniesiesz sukces to i tak na następny dzień ruszasz do pracy. Jest kolejny sezon, kolejne przygotowania. W sporcie przechodzimy bardzo szybko nad sukcesami i nad porażkami. Potrzebujesz chwili na świętowanie sukcesu, ale też momentu, aby się wypłakać. Musisz przeżyć porażkę! Ale za chwilę idziesz dalej, masz kolejny cel. Ze sportowego punktu widzenia zbyt długie przeżywanie osłabia, wprowadza w gorszy stan. A ja marzę, żeby sobie pozwolić na bycie słabą. Naprawdę o tym marzę.

Jak każda z nas pewnie. To jest jedno z największych wyzwań. Siłą kobiety jest to, kiedy pozwala sobie na bezsilność…

Co było najtrudniejsze dla Ciebie w całej historii z chorobą i jak to się przełożyło na Twoje relacje w życiu osobistym? Mnóstwo kobiet zgłasza się do nas, że trudno im jest w relacjach z bliskimi, z partnerami, z mężem, z ludźmi w pracy, bo czują się niezrozumiałe. Pytanie jak Ty to przeszłaś?

W pracy staram się panować nad emocjami, jednak gdy ta przysłowiowa miarka przebierze się, to denerwuję się potwornie, krzyczę okropnie, wyrzucam wszystkie zapamiętane rzeczy, a strasznie nie lubię krzyczeć na ludzi! Na szczęście zdarza się to w skrajnych momentach. Wiem, że w pracy zespołowej takie wybuchy są ogromnym obciążeniem, bo prowadzi do momentów, w których możemy ze sobą nie rozmawiać nawet przez miesiąc. Taką sytuację przeżyłam z moim trenerem. Kiedy odniosłam sukces, zdobywałam srebrny medal Mistrzostwa Świata, to przez cały poprzedzający miesiąc, nie odzywaliśmy się do siebie. W takiej pracy 1:1, jego stresy, moje stresy plus hashimoto to mieszanka wybuchowa. Z Naszymi zadziornymi charakterami wykonywaliśmy tylko swoją pracę. Dobrze, że skończyło się sukcesem, ale myślę, że to bardzo mocno zaważyło na naszej relacji.

Mam o tyle dobrze, że w domu mam człowieka, mojego męża, który jest od samego początku przy mojej chorobie, przy diagnozie. Oczywiście denerwuje się, ciężko mu znieść moje zmiany nastrojów, też ma swoje granice wytrzymałości. Mimo wszystko łatwiej mu to zrozumieć. W sytuacjach nerwowych zatrzymuje się nawet, gdy wchodzi ze mną w trudną interakcję i mówi: „dobra, to może jednak nie Ty, tylko on (hashimoto)”. Dotyczy to też relacji z dziećmi. Wiem, że czasem nie wytrzymuję, nie trzymam emocji na wodzy, a później niestety mam wyrzuty sumienia. Myślę, że to jest arcytrudne…

 Jedną z dróg jest pozwalanie sobie na błędy…

Tak, i paradoksalnie powtarzam to mojemu synowi, widzę, że jest zbyt ambitny. Mieliśmy taką sytuację przy okazji testów do przedszkola. Pani powiedziała, że on często zna odpowiedzi na pytania, ale się nie zgłasza. Kiedy zapytałam go dlaczego, odpowiedział, że nie jest pewien czy zna dobrą odpowiedź. I tu przeprowadziliśmy rozmowę o tym, że to że nie zna odpowiedzi to nie jest nic złego, albo że się pomyli, ważne żeby próbował, a nawet jeśli odpowie źle, to przynajmniej usłyszy dobrą odpowiedź i jest szansa, że zapamięta ją bardziej, niż gdyby nie popełnił tego błędu. To jest właśnie ten paradoks, że potrafię wytłumaczyć to dziecku, a trudniej jest przekonać samą siebie.

Jakiej rady udzieliłabyś osobom zmagającym się z chorobą, a jakiej najbliższym? Tak od siebie dzisiaj, z perspektywy czasu.

Przede wszystkim trzeba się zatrzymać. Sama nie potrafię jeszcze tego zrobić, ale myślę, że to jest bardzo potrzebne. Żeby pomyśleć o sobie, żeby nie myśleć co inni powiedzą, jak czegoś nie zrobię, nie zdążę na czas. Żeby przez chwilę nie oglądać się za siebie.

Mimo, że mówi się, że jest to choroba tarczycy, to myślę, że w największym stopniu utrudnia życie w sferze psychologicznej. Dlatego nad tym trzeba spróbować zapanować, czytać swój organizm. Spróbować tego o czym wy powiedziałyście, jeśli ciało daje ci sygnał, to nie przypieraj go do ściany jeszcze bardziej, nie próbuj się wzbić ponad wyżyny swoich możliwości. Po prostu odpuść. I sobie też tego życzę (śmiech).

Spróbujcie też diety, ale nie restrykcyjnej, ona nie ma Was obciążać. Czytałam kiedyś książkę „Serve to win” Novaka Djokovica. Super historia, która otworzyła mi głowę. Pewien dietetyk oglądał jego turniej, stwierdził, że ma problem z glutenem. Widzi, że jest aktywny, ma dużo energii do jakiegoś momentu w meczu, a później odcina mu prąd i z reguły przegrywa już teoretycznie wygrane mecze. Jego to zaciekawiło, też z tego względu, że jego rodzina prowadziła pizzerię, a on całe życie jadł gluten. W tej książce sugeruje, żeby wyeliminować szkodliwe produkty na dwa tygodnie, później do nich wrócić i sprawdzić jak się czujemy. A co ciekawe – jego rodzina zamknęła pizzerię i otworzyła sieć sklepów slow food (śmiech). To jest praktyczna metoda, którą można sprawdzić, co na nas źle działa, bez drastycznej diety.

Bez radykalizmu i małymi krokami… Nasza filozofia.

Tak. Wydaje ci się, że jakiś produkt ma na Ciebie zły wpływ, to go wyrzuć na dwa tygodnie. Później wprowadź i zobacz czy to on.

A jakie rady dla najbliższych?

Co do najbliższych… W sumie nie wiem jak to jest po drugiej stronie (śmiech), mogę się tylko domyślać. Myślę, że najważniejsza jest ich świadomość, to żeby bliscy dużo czytali na temat choroby, żeby wiedzieli co choroba za sobą niesie, bo nawet gdy usłyszą to od nas może się wydawać, że sobie coś wymyślamy, że może egoistycznie pod siebie coś układamy. Świadomość tej drugiej strony jest bardzo cenna dla osoby chorującej. To bezcenne wsparcie. Ja też się czasem mówię do mojego męża: „po co Ty ze mną dyskutujesz w takich sytuacjach? Weź mnie przytul i powiedz: tak, masz rację.” I to wystarczy.

Też to powtarzam swojemu mężowi (śmiech).

Nie da się postępować idealnie. Nie ma takich momentów w życiu, ale trzeba próbować.

Bardzo dziękujemy za rozmowę.

JEŚLI POTRZEBUJESZ WSPARCIA I MIERZYSZ SIĘ Z EMOCJONALNĄ STRONĄ HASHIMOTO, PRZYJMUJESZ LEKI I NADAL CZUJESZ SIĘ ŹLE, ZGŁOŚ SIĘ DO NAS. POMOŻEMY CI ZNALEŹĆ EMOCJONALNĄ PRZYCZYNĘ CHOROBY I BYĆ MOŻE ODNAJDZIESZ Z NAMI DROGĘ DO LEPSZEGO SAMOPOCZUCIA (kliknij po więcej informacji!)

Więcej o warsztatach “Ogarnij hashimoto” możesz przeczytać – tutaj (kliknij)

Niestety czasem leczenie farmakologiczne w wielu przypadkach to za mało. Same przeszłyśmy wiele i nie mogłyśmy znaleźć odpowiedzi na pytanie co się ze nami działo. Dzisiaj pomagamy kobietom znaleźć drogę do wyzdrowienia. Hashimoto to nie początek. To konsekwencja zbyt długiego nadużywania własnych sił, nie dawania sobie prawa do słabości, stresujących sytuacji, osłabiających relacji i braku wewnętrznej uważności.

Prowadzimy warsztaty, na których spotykają się kobiety i pomagamy im “leczyć” hashimoto oprócz farmakologii również emocjonalnie. Hashimoto  daje nam sygnał : ”Uwaga, nie dam rady więcej…, zwalniam…, nie mam siły…, nie szanujesz mnie…” Hashimoto to czasem najlepszy sygnał, że trzeba coś zmienić i nie tylko dawkę leku. Czasem trzeba sięgnąć dużo głębiej, żeby odkryć co sobie zabieram, na co sobie nie pozwalam albo dlaczego nie jestem, dla siebie wystarczająco ważna, że moje ciało tak się buntuje. U nas znajdziesz odpowiedź. Czasami choroba jest najlepszą informacją. Tylko warto się jej przyjrzeć inaczej. Trochę głębiej niż tylko przez pryzmat recepty i wyników.

Więcej o warsztatach “Ogarnij hashimoto” możesz przeczytać – tutaj (kliknij)

LIDKA I KAMILA 

 

 

Pokaż znajomym:
Facebooktwitterlinkedin

1 Comment

  1. Aneta26 marca 2019

    Niesamowite… Jakbym czytała o sobie 🙁 w życiu nie pomyślała bym, że mam tyle wspólnego z rąk wybitnym sportowcem 🙂 ten wywiad i słowa Pani Moniki udowadniają, że zły stan psychiczny przy chorobie hashi to nie wymysł czy wymówka, lecz fakt! Kto, jak kto, ale Ona jest osobą walsczną i na pewno nie taką, która chowalaby się za chorobą. Skoro więc ma te wszystkie “dolegliwości” i się do nich przyznaje to tym bardziej czuję, że nie wymyślam, że to nie ja, to hashimito….

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top